niedziela, 20 maja 2018

Trzeźwość jest ważna

Jestem trzeźwa bo jestem uzależniona i nie chce znaleźć sie w fazie chronicznej nałgu. Bo po raz pierwszy od 10 lat dojechałam do urzedu pracy - godzina jazdy - i sie ubezpieczyłam a 10 lat nie mogłam dojechać z powodu nałogu. Bo poznaje nowych ludzi i mam im coś do powiedzenie. Bo znów interesuje sie światem i ludźmi. Bo napisałam dwie książki. Druga o uzależnionej kobiecie bedzie wydana także przez Wydawnictwo Literackie. Bo nie musze sie już wstydzić a czułam wstyd cały czas...
Dobrze jest zrobić sobie tabelke na kartce: bilans zysków i strat. I patrzeć na nią w chwili słabości bo zysków przybywa,...

sobota, 12 maja 2018

Recenzja Roku na odwyku

Recenzja

Rok na odwyku. Kronika powrotu to szczery i bolesny zapis rocznego pobytu autorki w zakładzie zamkniętym na odwyku. Dręczona nerwicą natręctw, apatią, spowolnieniem, problemami z pisaniem i czytaniem oraz koncentracją, złym samopoczuciem fizycznym, bezsennością, uzależnieniem od leków i alkoholu, postanawia sama zgłosić się na terapię i ratować życie. Pierwsze miesiące to bunt przeciwko terapii, zamknięciu i zmianom. Po kilku miesiącach i pierwszych pozytywnych efektach pojawia się chęć kontynuowania odwyku, ale nie jest do łatwe do ostatnich dni. Niektórzy ludzie rezygnują pięć dni przed końcem terapii, choć wiedzą, że ich problemy osobiste, rodzinne czy zawodowe jeszcze bardziej się pogłębią. Tym bardziej trzeba docenić, że autorka miała dość sił i odwagi, by zmienić swoje myślenie i życie po osiemnastu latach picia codziennie dwóch butelek wina, po dziesięciu latach brania co noc tabletek z benzodiazepiną, która uzależnia już po dwóch tygodniach przyjmowania. Wiele osób przeżywa szok, gdy kończą się im leki na bezsenność i nagle okazuje się, że mają objawy odstawienne: dreszcze, bóle brzucha, biegunki i stany lękowe. Są uzależnieni, ale nawet nie zdają sobie z tego sprawy.
Autorka raczej nie koloryzuje, nie próbuje poprawiać swojego wizerunku ani wybielać czy usprawiedliwiać ludzi, którzy z nią są na odwyku. Heroiniści, alkoholicy, lekomani, hazardziści, uzależnieni od komputerów, sterydów, seksu, snu, a nawet zdrapek... Uzależnić można się w zasadzie od wszystkiego. Dysfunkcyjna rodzina, stres i poczucie odrzucenia to najczęstsze przyczyny uzależnienia. Na oddziale zamkniętym przebywają ludzie z całej Polski, a na miejsce w ośrodku trzeba czekać pół roku. Oddział jest damsko-męski, ale kobiet jest mniej, bo rzadziej przyznają się do nałogu. Kobiety piją, biorą leki w ukryciu między praniem a gotowaniem. Do czasu kiedy w domu wszystko lśni, a jedzenie jest na stole, mało kto się orientuje. Spuchniętą, czerwoną twarz przysłaniają makijażem. A piją nie mniej niż faceci. 
Przejmujący jest zapis, w którym Katarzyna T. Nowak szczerze opisuje swoje dni jeszcze w ostrej fazie uzależnienia: ...rano na kacu zwlec się z łóżka, prysznic, włożyć byle co, z plecakiem-absolutnie nie z przeźroczystą siatką-podejść do najbliższego monopolowego, czym prędzej wrócić do domu, otworzyć piwo i pić do nocy, siedząc na Facebooku. Przy pierwszym piwie sprawdzić, czy wczoraj wygadywałam jakieś bzdury online. Puste puszki chować w siatce za koszem, żeby ich rano nie widzieć. Unikać znajomych w realu, bo nałóg widać na twarzy. Niczego nie załatwiać, o niczym nie pamiętać. Wstydzić się chodzić po ulicy, jeździć tramwajem, robić zakupy piwne w tym samym sklepie. Czuć na sobie wzrok sprzedawczyni. Zmieniać sklepy, o ile jest siła, by podejść do innego. Zmieniać apteki, by kupić benzodiazepiny. Wstydzić się, czuć się upokorzoną i brudną. Uśmiech tylko w zaciszu własnego domu z piwem w ręce. Jeść mało lub wcale. Dbać o pozory: po drugim piwie, gdy w członki wracają siły, sprzątać mieszkanie. Brać kąpiel, przebierać się w czyste ciuchy dla samej siebie. Nie upijać się w sztok. Przynajmniej nie codziennie. A jak się to zdarzy, odłączyć telefon.
Zapis 365 dni na odwyku powinien pomóc wielu osobom, które borykają się z uzależnieniami,  bo pokazuje, że choć jest bardzo trudno, to można powrócić do normalnego życia. Nie każdemu się udaje, ale jest to możliwe - tak jak w przypadku Katarzyny T. Nowak, która z każdym dniem terapii zmieniała swoje myślenie, zmieniało się jej samopoczucie i sposób patrzenia na rzeczywistość. W czasie trzeźwienia dochodziły do niej lęki i obawy tłumione przez lata, używki zagłuszały emocje, ale dzięki pomocy terapeutów udało jej się nauczyć, jak z nimi żyć, jak radzić sobie z głodem, jak unikać wyzwalaczy zewnętrznych i wewnętrznych, jak podejmować właściwe decyzje i zmienić myślenie. W terapii pomagają życzliwość, empatia, dobrze zorganizowany czas wolny, motywowanie, odreagowywanie napięcia i stresu. Warunkiem terapii jest szczerość z samym sobą i życie w prawdzie. Warto przeczytać ten dziennik i wyciągnąć wnioski.

Po odwyku

Dwa tygodnie temu jak zwykle pojechałam na grupe wsparcia do Ściejowic. Jest to grupa dla byłych pacjentów odwyku. Była tam kobieta, która zwierzyła mi sie, że kiedy zgłosiła sie na odwyk jej mąż wniósł pozew o rozwód, że nie odbiera od niej telefonu ani on ani dzieci i nie reagują na smsy. Mówiła, że marzy o tym by wziąć benzodiazepiny i nie myśleć, że całymi dniami leży twarzą do ściany. Namawiałam ją na roczny odwyk, że jej tam pomogą. Zaczeła sie nad tym zastanawiać.
Dwa dni temu dowiedziałam sie, że nie żyje bo zażyłą sporą ilośc leków. Otóż nawroty czesto kończą sie śmiercią bo ładujemy w siebie taką samą dawke wódy czy benzo jak dawniej a przecież organizm jest już odtruty! To jest śmiertelnie niebezpieczne.


środa, 9 maja 2018

Sen alkoholowy

Byłam siedem dni we Wrocławiu. Było cudownie, zwiedzałam miasto. Potem dwa dni we Włocławku. Miałam spotkanie autorskie, było sporo ludzi i duzo rozmowy o uzależnieniu. I potem w nocy miałam dziwny sen: byłam na jakims odwyku, było tam kilka osób i codziennie jednej z tej osób badano krew. Mimo to zlamałam abstynencje i oczywiście, zrobiono mi badanie krwi. już wiedziałam, że mnie wyrzuca. I otwierałam właśnie butelke kiedy sie obudziłam.
Pewnie był to typowy sen alkoholowy i może jakieś nieświadome głody? Nie czuje ochoty na alkohol...

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Terapia

Osobiście w szpitalu otwierałam sie na terapii indywidualnej nie na grupowej. jakoś wstydziłam sie poruszac swoje sprawy w grupie ludzi. Był to oczywisty błąd ale po prostu wole otwierać sie w skali jeden do jeden. Natomiast uważa, że terapia grupowa na początku trzeźwienia jest lepsza od indywidualnej. Przede wszystkim grupa daje silne wsparcie, jest jak rodzina. Można omówić każdy problem. Oczywiscie najlepiej mieć grupową i indywidualną. Ja teraz ma indywidualną raz w tygodniu i raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie tzw. grupe wsparcia w Ściejowicach, na którą przyjeżdżają byli pacjenci a którą prowadzi mój kolega instruktor uzależnień.
Na
terapii grupowej grupa i terapeuci Cie akceptuja obojetne co powiesz, z czego swie zwierzysz. Długotrwała terapia prowadzi w efekcie do akceptacjis amego siebie a taka samoakceptacja do siły. Nie mylić z poczuciem mocy, które jest zgubne bo trzeźwiejacy człowiek musi czuć swoją bezradność wobec używki. Dlatego z pomoca grupy trzeźwienie prowadzi do samoakcpetacji i dlatego też jest procesem.

środa, 18 kwietnia 2018

Recenzja "Roku na odwyku"

Krytycznym okiem

Każdy, kto pomyśli o tej książce jako o wyrazie zaskakującego w formie ekshibicjonizmu, powinien mieć na uwadze, jak ważna jest to publikacja dla tych wszystkich ludzi, którzy nie odważyli się do tej pory nawet na krok kontrolowanego leczenia uzależnienia, nie mówiąc o całym cyklu terapeutycznym, o którym Katarzyna T. Nowak opowiada z wyjątkową szczerością, odwagą i pewną bezkompromisowością. Nie widzę w „Roku na odwyku” chęci komercyjnego zarobienia na własnym nieszczęściu i nie dostrzegam też niestosowności bardzo osobistych zwierzeń.Widzę tu przede wszystkim rzecz, która bardzo wielu ludziom pomoże, ośmieli ich w działaniach mających na celu walkę z prywatnymi demonami, ale przede wszystkim książkę, która strukturalnie – za pomocą celowych powtórzeń, charakterystycznej frazy i dzięki skupieniu na wydobyciu własnego dramatu poprzez ujrzenie go w kontekście – oddaje specyfikę ludzkiego uzależnienia. Jest mroczną kroniką najtrudniejszej z możliwych walk – walki z samym sobą. Bo oswojenie nałogu w sobie to przede wszystkim jego zaakceptowanie, a to nigdy nie odbywa się bez wielu prywatnych bitew. Wielu bitew przegranych. Nowak doskonale dobrała podtytuł tej publikacji. To kronika powrotu do samej siebie. Odnalezienia drogi do porozumienia z tym, czego nie dostrzegała. Do zawiązania sojuszu z niespokojnymi emocjami. Do początku wygranej walki, choć jakiekolwiek uzależnienie będzie tą walką wiecznie.

To bardzo ważna książka, bo definiująca status społeczny kobiety uzależnionej. Kogoś, komu wybacza się wpadanie w szpony nałogu dużo trudniej niż mężczyznom. Kogoś, kto dużo częściej niż mężczyzna tkwi w bezradności i wstydzie oraz tuszuje swą nieporadność. „Piją, biorą leki w ukryciu między praniem a gotowaniem. Do czasu kiedy w domu wszystko lśni, a jedzenie jest na stole, mało kto się orientuje. Spuchniętą, czerwoną twarz przysłaniają makijażem”. Tak, Nowak wypowiada się za wszystkie te kobiety, którym z różnych powodów trudno jest mówić o swej lekomanii czy alkoholizmie. Być może dotrze do wielu z nich, które nigdy nie odważyłyby się powalczyć o siebie, zmagając się ze społecznym odium, bo społeczeństwo nie tak łatwo akceptuje kobiece zagubienie w groźnym nałogu. Autorka opowiada o różnego rodzaju wycofaniach pacjentek oddziału odwykowego, o ich niezdolności do prawdziwej walki o siebie. O jakimiś społecznym zakodowaniu tego, że pijana czy będąca pod wpływem leków kobieta jest kimś gorszym niż mężczyzna znajdujący się w podobnej sytuacji. Jest w tych zapiskach wiele goryczy wobec świata, który nie rozumie istoty uzależnienia, ale ta gorycz – charakterystyczna nie tylko dla pozostawionej samej ze swym nałogiem kobiety – przeradza się w specyficzną siłę do walki. W ciekawość tego, co można osiągnąć i jak wygląda ten inny, wypracowany w sobie lepszy świat. Świat, którego kontury widzi się wyraźnie. Bez butelki alkoholu czy kuszącego szelestu blistra.

Katarzyna T. Nowak tworzy coś na kształt pamiętnika przetrwania. Ma on swój charakterystyczny rytm dostosowany do kolejnych przeżyć w zamkniętej przestrzeni, do której trzeba się dostosować, aby sobie pomóc. Wszystkie wrażenia, emocje i przeżycia są mocno spotęgowane poprzez miejsce, w którym autorka się znajduje. Tam dociera do niej, że nie chodzi tylko o odzyskanie jasności myślenia i pójście na kompromis ze skłonnościami do nadużyć. Tam uświadamia sobie, że dużo trudniejszą konfrontacją niż ta z przydzielonym terapeutą jest konfrontacja z własnymi emocjami. To emocje trzeba nazwać, określić, uporządkować. Tylko w ten sposób odzyskuje się kontakt ze sobą. Bolesne są to próby i naznaczone niepowodzeniami. Nowak opowiada o ludziach z jej otoczenia, którym się z różnych powodów nie udało, musieli pożegnać się z oddziałem i proponowaną przez niego opieką. Ona przetrwała i wytrwała. Nawiązała kontakt nie tylko ze swym wnętrzem, ale także z towarzyszami niedoli, którzy uświadomili jej, że cierpienie uzależnionego nie jest niczym unikatowym. Nie powinno być gloryfikowane, lecz widziane w szerszym kontekście. Tych, którzy mają wspólne problemy i wspólnie nakreślony cel – zerwać z nałogiem.

„Rok na odwyku” to także odważna próba zmierzenia się z rodzinną przeszłością i nakreślenia symptomów dysfunkcji, które wdzierały się między bliskich sobie ludzi, uwierając ich i wywołując skłonność do różnego rodzaju ucieczek. Katarzyna T. Nowak uciekała w leki i alkohol. Nie stanęła twarzą w twarz z prawdziwym wizerunkiem rodziny. Coś idealizowała, coś traktowała wybiórczo. Racjonalizowała. Minimalizowała. Jak w późniejszym podejściu do nałogu. Dziś zaś do faktu, że ani nie jest w stanie pożegnać się z rodzinnymi bolączkami, ani nie będzie mogła nigdy powiedzieć, że jest wolna od uzależnienia.

Ta książka fenomenalnie opowiada o tym, jak nałóg stopniowo paraliżuje umysł i zaburza percepcję, co jest najgroźniejsze, albowiem tendencja ucieczkowa od świata z niewyraźnymi konturami odbywa się dodatkowo po omacku. Bez sensu i bez celu – bo takie są wszystkie nałogi. Sensowność i celowość trzeba nadać drodze żegnania się z nimi. Nowak opowiada o tym, jak wzbraniała się przed kontaktem z rzeczami i emocjami w ich rzeczywistych kształtach, ale także sugeruje kilka odpowiedzi na najważniejsze z pytań – pytanie o to, od czego zależy udana terapia. „Rok na odwyku” jest zatem książką wstrząsającą, z drugiej jednak strony obnażającą wiele ludzkich słabości. Opowiadającą o sprawach, wobec których milkniemy, bo się wstydzimy. A wśród milczenia, wstydu, zachowywania pozorów normalności i bezradności każdy nałóg rozwija się wręcz doskonale.

Brawa za odwagę i umiejętność opowiedzenia prostym językiem o tym, jak skomplikowane jest poczucie celu i sensu życia rujnowanego na własne życzenie, wedle własnych okrutnych zasad. To inteligentna opowieść o tym, jakie mamy zdolności do autodestrukcji i jak wiele potrafimy wokół siebie i w sobie zbudować. Osobiste wyznania skierowane do wszystkich, którzy nie mają odwagi zadać sobie choć kilku pytań z tych, które padają na kartach tej przejmującej książki.

Brak komentarzy:

Rozmowa ze mną w Trójce

https://www.polskieradio.pl/9/5527/Artykul/2096245,Rok-na-odwyku-Kronika-powrotu-do-zycia

o odwyku, uzależnieniu, trzeźwości

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Kiedy nałóg zabija abstynenta

Czy to w ogóle możliwe? Tak. Wielu trzeźwiejących lekomanów, alkoholików zaczyna nagle obsesyjnie wykonywać jakąś czynność: pływać na basenie, pracować kilkanaście godzin na dobe etc Mój znajomy uzależnił sie od weganizmu i jogi, inny od ćwiczeń a Tomasz Mackiewicz naraził życie w górach i zginął. Mój znajomy trzeźwiejący alkoholik pojechał w góry i przeszedł po zamarzniętym jeziorze. Działanie samobójcze.
Każda czynność, która jest obsesyjna jest niebezpieczna bo działają mechanizmy nałogu. Ryzykowanie życiem także. Trzeba siebie obserwować i uciekać od takiego zachowania.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Sny alkoholowe

Chyba każdy trzeźwiejący alkoholik miewa sny alkoholowe. Ja tez miewałam.
Z jednej strony są one czymś naturalnym u osoby tak silnie związanej z alkoholem przez wiele lat. Z drugiej bywają ważną informacją, że oto zaczyna sie nawrót. Trzeba wtedy być dobrym dla siebie: sauna, basen, siłownia, długi spacer...Trzeba
też uważnie siebie obserwować. Nawroty są też zupełnie normalne. ja jeden przeszłam nie łamiąc abstynencji. Trzeźwienie bowiem to sinusoida.

sobota, 7 kwietnia 2018

Nie tylko odwyk

Różne są drogi do trzeźwości. Nie każdy musi koniecznie iść na odwyk choć czasem jest sie w takim stanie, ze tylko odwyk pomoże. Mnie był potrzebny.
Niektórzy wychodzą z nałogu tylko dzieki AA albo dzieki terapii na oddziale dziennym jak moja znajoma. Mojego kolege, który nie pije już 20 lat i mieszka w Nowym Jorku z nałogu wyciągneli Hare Krisznowcy w USA. Znajomy chodzi codziennie na spotkania NA i trzyma sie trzeźwy. A mój ojciec to juz w ogóle ewenement: sam z siebie przestał pić tylko dlatego, ze poznał swoją przyszłą żon. Ba! Potrafił już po zakończeniu nałogu napic sie jedno piwo  raz na miesiąc. Moja terapeutka wyjaśniła to w ten sposób że ojciec dzieki tej kobiecie miał spokój i porządek w emocjach.
Co o tym sądzicie?

środa, 4 kwietnia 2018

Spotkanie ze mną

Zapraszam na spotkanie autorskie 16 kwietnia o 18 w klubie Pod Gruszką przy Szczepanskiej 1 w Krakowie. Bede mówiła o odwyku, trzeźwości i książce.
Kolejne spotkanie jest 17 kwietnia w Bibliotece Jagiellońskiej przy al. Mickiewicza o 17
18.IV - Krakowskie Forum Kultury o 18,
 22.IV - Cafe Szafe o 19 i 
17 .V - Biblioteka Królewska 58 o 18

W Krakowie

niedziela, 1 kwietnia 2018

O czym jest "Rok na odwyku"?

jest to niewielka książeczka o mojej przemianie na odwyku, o początkowym buncie, o tym jak nie chciałam tam być a potem wszystko sie zmieniło i dlaczego. O początkach trzeźwości. O terapii grupowej. O życiu społeczności. O problemach współpacjentów czyli innych uzależnionych osób. Dziennik pobytu na odwyku. Tak jak w tytule: kronika powrotu.

sobota, 31 marca 2018

Emocje na trzeźwo

Przez ostatnie 20 lat a zwłaszcza przez ostatnie dziesięć od kiedy zaczęłam łączyć alkohol z lekami miałam zamrożone emocje. Nie odczuwałam negatywnych emocji, nie bałam sie, nie czułam niepokoju. Kiedy wytrzeźwiałam zaczęły pojawiać sie emocje także te negatywne jak strach, lek i niepokój. I teraz cała sztuka polega na tym by umieć sobie z nimi radzić. Na terapii terapeutka mówiła nam, że czasem z maski samochodu na autostradzie dochodzą stuki puki. Zdrowy kierowca zatrzyma sie i zajrzy pod maskę lub poprosi o pomoc a chory pogłośni radio.
Ja już nie mam radia i uczę sie trzeźwych metod radzenia sobie ze strachem i lekiem. Na pewno pomocna jest tutaj terapia ale za pół roku ją kończę bo to już będzie dwa i pół roku a chce być bardziej samodzielna.

Sięgnąć dna

Podobno nałogowiec musi siegnąć dna by rozpocząć leczenie. Musi sie coś stać. Ja nie uważałam siebie za osobe uzależnioną i wyczuwałam jedynie, że mam gorszy kontakt z ludźmi zwłaszcza z moja wieloletnią przyjaciółką. I to był pierwszy sygnał. Po wyjściu z prywatnego odwyku w 2015 przestałam dbać o porządek, dużo, nieraz całymi dniami leżałam w łóżku i bezmyślnie oglądałam telewizje, niekiedy wychodziłam do sklepu w spodniach od piżamy... Nie czułam sie źle, nie miałam depresji - chyba! - ale miałam ochote tylko na leżenie w łóżku. Coś było ze mną bardzo nie tak. Nie mogłam juz od kilku lat pisać. Pare miesiecy przed odwykiem nie pracowałam, nie miałam zainteresowań ani żadnych pomysłów jak sobie pomóc. Potem benzodiazepiny zamiast nasennie zdziałały pobudzająco i całą noc nie spałam i miałam halucynacje. W ogóle już nie mogłam spać mimo leków. I zdecydowałam sie na odwyk. Także z tego powodu, że po dwóch latach złamałam abstynencje od alkoholu i sie przestraszyłam...Już na odwyku terapeutka wyjaśniła mi,że miałam kryzys psychiczny. Spowodowany zapewne nadużywaniem benzodiazepin. Gdybym nie zgłosiła sie do szpitala psychiatrycznego cholera wie jakby sie to skończyło. W szpitalu okazało sie, że nie jestem na nic chora i wtedy dopiero poszłam na odwyk.

czwartek, 29 marca 2018

Wielkanoc

Życze wszystkim radosnych Świąt a w Wielkanoc wrzucę linka do audycji radiowej Polskie Radio 24, w której mówię o trzeźwości i odwyku

sobota, 24 marca 2018

Moja trzeźwość

To już ponad dwa lata jak jestem trzeźwa. My śle, że nie sięgnę już po używki. Choć pewnie niejeden nawrót mnie zeka. Jeden już był i poradziłam sobie. Najtrudniejsze są niepokoje ale staram sie odganiać te myśli i nie nakręcać sie. Tak to jest po odstawieniu substancji zwłaszcza leków. Miałam pecha , że trafiłam na psychiatrę starszej generacji wtedy kiedy ponad 10 lat temu nie mogłam spać i poszłam po jakieś tabletki. Po 5 latach potrafił powiedzieć: tylko sie nie uzależnij. A benzodiazepiny uzależniają po 2 tygodniach! Nic o tych lekach nie wiedziałam a on mówił, że "tabletki sa po to by pomagać". Potem dowiedziałam się, ze lekarze starej generacji nagminnie je przepisują. Oczywiście niepotrzebnie w ogóle poszłam no ale to inna kwestia.
Są leki nieuzależniające a regulujące sen. Biorę taki od 2 lat i dobrze śpię.

czwartek, 22 marca 2018

Uroda życia

Oto rozmowa, jaka ukazała sie 10 kwietnia w Urodzie życia. Rozmawiała Anna Maruszeczko:



Tytuł: Cud, że żyję

Lid : „Jestem czwartą osobą i pierwszą kobietą, która skończyła roczny odwyk. Na zakończenie dostaję dyplom i cytat z książki Antoine’a de Saint-Exupery’ego  „Twierdza” oprawiony w ramkę – zapisała w lutym  2017 w swoich notatkach robionych w ośrodku zamkniętym Katarzyna T. Nowak, dziennikarka i pisarka uzależniona od leków i alkoholu.

Będziemy rozmawiać o odwyku czy o „zmartwychwstaniu”?
Możemy i o tym, i o tym.

Od czego była pani uzależniona?
Jestem uzależniona. I będę uzależniona do końca życia, o czym nie wiedziałam.

Uzależniona od alkoholu czy od leków?
Na odwyku dowiedziałam się, że jestem uzależniona krzyżowo – od alkoholu i od leków. Większość alkoholików wcześniej czy później uzależnia się od leków.

Dlaczego tak się dzieje?
Bo większość nie może spać. W początkach uzależnienia padasz jak kłoda i śpisz, ale potem często się budzisz albo w ogóle nie możesz zasnąć. Sięgasz po leki na sen albo na uspokojenie.

Odwyki są różne. Pani poszła na roczny!
To był drugi.

Czyli wcześniej była jakaś próba?
Tak. Byłam na odwyku prywatnym, płatnym, W Ściejowicach pod Krakowem, w domu z ogrodem. Były to, co tu dużo mówić, piękne wakacje. Atmosfera rodzinna, trafiłam na fajną grupę, było nas raptem jedenaście osób. Codziennie po sześć godzin terapii. Ale w ogóle się nie udzielałam, w ogóle się nie przykładałam. To trwało siedem tygodni. Chyba było za wcześnie i nie byłam gotowa, bo ten odwyk nic mi nie dał.

Wróciła pani stamtąd z przekonaniem, że to było stracone siedem tygodni?
Nie. Plus był taki, że zeszli mi tam do zera z klonazepamu. To jest silna benzodiazepina. Nigdy więcej po nią nie sięgnęłam, ale nie minął miesiąc, dwa i sięgnęłam po inne leki.

Potem poszła pani na odwyk roczny. Do ośrodka zamkniętego. To jest wielka przerwa w życiorysie.
Straszna. Dwanaście miesięcy wyłączenia z życia.

I kto sobie może na to pozwolić?
Byli tam ludzie w różnym wieku, od dwudziestu do siedemdziesięciu ośmiu lat. Naprawdę zdesperowani, tacy, którzy chwytają się ostatniej szansy. Duży przekrój społeczny, nawet bezdomni. Niektórzy byli odwiedzani przez rodziny, inni w ogóle nie. Ze mną było czterdzieści osiem osób, ale przez ośrodek przewinęło się przez ten rok chyba dwieście. Bo ludzie nie wytrzymują i się wypisują. Albo łamią abstynencję na oddziale i są wyrzucani. To jest nagminne.

A pani mogła sobie pozwolić na roczną przerwę w życiu?
Mogłam. Na zewnątrz nic mi już nie zostało. Nie byłam związana żadną pracą. Nie mogłam już pisać książek. Udało mi się wydać jedną i teraz żałuję, bo jak mi się oczy otworzyły, to obnażyła mi się marna jakość książki pisanej po lekach. Miałam spaczoną wizję rzeczywistości. Leki w połączeniu z alkoholem są zabójcze dla mózgu. Mój mózg pracował na zwolnionych obrotach. Cała byłam spowolniona. W Ściejowicach mówili, że pół godziny z jednego piętra schodzę. Postanowiłam spróbować odwyku. Nie miałam nic do stracenia.

Co się stało, że panią oświeciło?
To, że znowu biorę leki, że nie mogę spać. Zaczęłam brać imovane, który jest łagodniejszy, niż klonazepam, ale jednak jest benzodiazepiną. Imovane w pewnym momencie zadziałał na mnie na odwrót, to znaczy pobudzająco, i ja się po prostu przestraszyłam. A po pobycie w Ściejowicach wiedziałam już, że leki z alkoholem to jest po prostu śmierć. Chciałam, żeby mi ktoś pomógł.

Czyli racjonalnie pani myślała.
O dziwo. Zaczęłam racjonalnie myśleć.

Jak długo pani piła?
Nie wiem, kiedy się uzależniłam. Wiem, że pić zaczęłam na studiach. Miałam fajną paczkę, było wesoło. Uczyliśmy się, piliśmy… niby nic takiego. Ale na trzecim roku wyjechałam do Stanów. Opiekowałam się chorą staruszką. Mieszkałam w pokoiku z murem za oknem…

W pokoiku z oknem bez widoku?!
A w spiżarce był alkohol. Tam chyba już zaczęłam pić na poważnie – piłam sama, co wieczór. Bo nie mogłam spać, bo smutno, bo gorąco, bez klimatyzacji… Zawsze była jakaś wymówka. I wypijałam ten alkohol ze spiżarki.

Nie było momentów oprzytomnienia: „Stop, kobieto. Co ty robisz!”?
Nie. Żaden nałogowiec nie ma „stop” w głowie. Jakby miał, to by odwyki nie były potrzebne. Nigdy nie miałam „stop”.

Nawet na początku?
„Stop” w głowie pojawiło się parę razy, ale później, po jakichś dziesięciu latach picia. Trzy razy nie piłam przez rok, ale zawsze wracałam. Przedostatni raz podjęłam próbę w pięćdziesiąte urodziny. Kupiłam sobie jakieś piwo, nie smakowało mi, wyrzuciłam je i przestałam pić. Ale tuż przed odwykiem kupiłam sobie wódkę z colą. Nawroty zdarzają się u każdego nałogowca. Na odwyku dowiedziałam się od terapeutów wielu ważnych rzeczy. Nie tylko tego, że jestem uzależniona do końca życia, ale też, że jeżeli złamię abstynencję, to od razu znajdę się w chronicznej, a nie w początkowej, towarzyskiej fazie uzależnienia.

Co to znaczy?
Nie ma już powrotu do fazy kontrolowanego picia, że pani wypije dwa piwa i koniec, że raz w tygodniu. Jeżeli ja złamię abstynencję, znowu znajdę się w fazie chronicznej, w której byłam przed odwykiem. Na ogół człowiek w nałogu sięga po pomoc w fazie chronicznej. To już jest faza śmiertelna, to już się kończy źle. Nie ma powrotu do picia kontrolowanego i tego nas nauczono.

Pani pamięta jeszcze taki czas, kiedy piła pani w sposób kontrolowany?
Nie. Ja nigdy nie piłam w sposób kontrolowany. Miałam własne mieszkanie po babci i na studiach koledzy zawsze przynosili wódkę, bo to była komuna, więc piwa nie było. I myśmy dzień w dzień pili tę wódkę. To już chyba nie było picie kontrolowane.

Zamierzałam panią zapytać, dlaczego odwyk był tak długi, ale gdy słyszę, że to jest tak długa historia picia, to pytanie byłoby retoryczne.
To się długo rozkręcało. Mówiono nam, że mamy być tylko imieniem, wyzbyć się swoich ról społecznych – matki, żony, męża, ojca, córki, pracownika, pracodawcy – żeby się usłyszeć, przestać żyć tym, co na zewnątrz, dokopać się do prawdy o sobie, a to trochę trwa. Poza tym czasochłonny był też mój bunt – parę miesięcy byłam ciągle na „nie”, chciałam się wypisywać, ale w końcu uznałam: „Dostałam się tu – Cztery miesiące czeka się na przyjęcie! – To jeszcze trochę wytrwam”.

Dlaczego się pani buntowała?
Ja myślałam, że nie jestem już uzależniona, bo wypiłam tylko jedną setkę wódki z colą.

Leki nasenne też pani odstawiła?
Musiałam. Dostałam inny, nieuzależniający lek regulujący sen. Dzięki czemu zaczęłam lepiej spać...

…Więc po co pobyt w ośrodku zamkniętym.
No właśnie. Ja ciągle sobie to pytanie zadawałam. „Po co?”. Nie bardzo wiedziałam. Chyba każdy się tam siebie pytał: „Po co?”. I mnóstwo ludzi rezygnowało. Ciężko wytrzymać ten reżim. Teraz jest tam jeszcze bardziej restrykcyjnie niż wtedy, gdy ja zaczynałam – zabierane są laptopy, telefony komórkowe, dopiero po trzech miesiącach można je mieć przy sobie.

Więc buntowałam się, ale nawet nie wiedziałam o tym. Pod koniec, kiedy już akceptowałam terapię, pacjentów, w ogóle czułam się bardzo dobrze, znalazłam swój zeszyt z początku pobytu, bo oczywiście robiłam notatki cały rok, i nagle patrzę, a tam z przodu jest napisane: „Luty, 2016. Nienawidzę pacjentów, terapeutów i pielęgniarek”. Takie miałam podejście. Sama myśl, że to trwa dwanaście miesięcy, była koszmarna. Jeszcze mój kot w domu tymczasowym... Ale Przyjaciółka mnie namawiała: „Wytrzymaj. To nie dziesięć lat. To nie więzienie” . Nie mogłam nigdzie wyjść. Włosy mi rosły, a ja nic nie mogłam zrobić.

To taki problem z tymi włosami?
Tak, bo zawsze mam krótkie. Chciałam wyjść do fryzjera, kupić sobie coś. Jechać do Krakowa, do miasta, przejechać się tramwajem. Ale przez pięć miesięcy nie było przepustek przyjemnościowych. Tylko do urzędu i do lekarza. Miałam obiecane ITS-y, czyli Intensywne Treningi Samodzielności, inaczej „godzinne wyjścia samodzielne” – do sklepu, bo gdzie tam iść. Ale terapeutka mi powiedziała, że je dostanę, jak zacznę się angażować w terapię. Wreszcie po kilku miesiącach nastąpił przełom na terapii indywidualnej, nagle poczułam się dobrze.

Koleżanka, o której pani wspominała, mogła się z panią kontaktować bez limitów?
Tak. Przyjeżdżała w tygodniu po 15:00 a w weekendy od rana. Pocieszała mnie. Macocha też mnie odwiedzała. To mi naprawdę dużo dało. Długo wydawało mi się, że będę sprytna i jak tylko odzyskam sprawność umysłu, od razu się wypisuję. Jednak gdy nastąpił przełom na terapii indywidualnej, zrozumiałam, że jak się angażuję, to po prostu jest efekt. Terapeutka ciągle tłukła mi do głowy, żebym też więcej brała z terapii grupowej aż wreszcie zaczęłam się odzywać, mówić na tej rundce o swoich emocjach.

Co było siłą terapii grupowej?
Interakcja z innymi pacjentami, ale też z terapeutami. Dociera do ciebie, że nie jesteś sama, możesz to swoje uzależnienie gdzieś umiejscowić. Bardzo ważne na terapii grupowej jest to, że gdy na przykład czytam swoją pracę terapeutyczną, od razu są informacje zwrotne, czyli pacjenci to komentują i można się mnóstwo rzeczy dowiedzieć na swój temat, porównać to z innymi. Nie wiem, na czym to polega, ale kiedy zaangażowałam się w terapię, zaczęłam się odzywać i rzeczywiście słuchać, co inni mają do powiedzenia, to wyraźnie zaczęłam odczuwać pozytywne zmiany. Chciałam na tę terapię chodzić, cieszyłam się, że jest terapia.

„Terapia uzależnień jest najbardziej agresywna ze wszystkich terapii, najbardziej drążąca, ale daje też poczucie bliskości”, przeczytałam w pani książce. To prawda, że poczucie bliskości zapewniła pani grupa, której wcześniej pani nie trawiła?
Tak. W pewnym momencie czułam się jak w rodzinie. Żeby się zwierzać trzeba sobie ufać nawzajem.

To był jakiś taki skok w rozwoju osobistym?
Tak. To był na pewno skok. Oprócz notatek do książki „Rok na odwyku” zaczęłam pisać powieść – studium uzależnienia kobiecego. Jeszcze nie wiedziałam na pewno, czy odzyskałam sprawność umysłu, miałam obawy, że mogę się przeliczyć jak poprzednim razem i będę się tego wstydzić. Uspokoiłam się, gdy wydawnictwo się tym zainteresowało. Teraz myślę, że to moja najlepsza książka.  I proszę, swoją najlepszą książkę napisałam na trzeźwo. „Moją mamę czarownicę”, „Kobietę w wynajętych pokojach” i „Kasikę Mowkę” pisałam, pijąc wino z wodą, choć jeszcze nie brałam leków. Uważałam, że wino z wodą otwiera umysł i łatwiej się pisze. Na odwyku w Ściejowicach mówiłam nawet do współpacjentów: „Nie będę pić, ale jak będę chciała pisać, to się napiję, zrobię wyjątek, bo nie da się pisać bez”.

Pani w zasadzie piła całe swoje dorosłe życie.
Tak. Uświadomiłam sobie, że nie wiem, kiedy zmieniłam się z dziewczyny w dojrzałą kobietę. Nie przeżyłam żałoby po rodzicach prawdopodobnie…

Bo w ważnych momentach swojego życia znieczulała się pani używkami?
Nie mam dzieci, nie mam męża, bo jakoś byłam skupiona na czymś innym. Wszystko niestety zaczyna docierać do człowieka, właśnie na trzeźwo, bo pojawiają się emocje, także negatywne.

Tak się pani bała swoich emocji? Dlaczego je pani tłumiła?
Dobre pytanie. Chodzę na terapię, by się tego dowiedzieć.

Gdy zaczyna docierać, co się w życiu przegapiło albo co się straciło, to podejrzewam, musi być poważny szok poznawczy. Słyszałam, że niektórzy kapitulują: „W cholerę z tą trudną wiedzą na swój temat”. Ludzie nie chcą wiedzieć…
Na terapii grupowej, gdy już się uaktywniłam, nazwałam to „skutkami ubocznymi trzeźwienia”. Jednak pojawia się dużo przyjemnych rzeczy, bo wreszcie mam normalny umysł, myślę normalnie… Ja przez dziesięć lat, od czasu zwolnienia z „Twojego Stylu”, nie byłam w stanie się ubezpieczyć. Pośredniak (Urząd Pracy, który daje ubezpieczenie bezrobotnym) jest w Krakowie za Hutą, więc zamiast sprawdzić w Internecie, jak tam dojechać, uznałam, że to za dużo zachodu. Przez dziesięć lat byłam nieubezpieczona, nie robiłam sobie żadnych badań – ani mammografii, ani USG, ani żadnego badania krwi. Chodziłam tylko do sklepu i z powrotem.

Najprostsze rzeczy wydawały się kosmosem?
Nie do ogarnięcia. Teraz dopiero zaczęłam się badać. Mam ubezpieczenie. Mam pracę, w której sobie dorabiam. Napiszę czasem do „Gazety Krakowskiej”. Piszę książki. Ważne, że się zmieniłam i nie potrzebuję żadnego alkoholu do pisania.

Na blogu „Ona i odwyk” napisała pani:  „Z terapii wyniosłam wiedzę o tym, że to nie substancja uzależnia. Przyczyną uzależnienia są: rodzina dysfunkcyjna, poczucie odrzucenia i stres”. Co pani zrobiła z tą wiedzą?
Mnie powiedziano, że to dysfunkcyjna rodzina. Ale do dziś nie wiem, nikt mi nie wyjaśnił, na czym ta dysfunkcja miałaby polegać. Kontynuuję terapię indywidualną i może się dowiem. Natomiast do końca nie wierzę, że moja rodzina była dysfunkcyjna.

Przed kim jej pani broni?
Sama się broni. Każda nietypowa rodzina jest dysfunkcyjna. Nasza była nietypowa, ale czy dysfunkcyjna? Ja i Małgośka (red. Małgośka Szumowska) miałyśmy różnych ojców, brat Wojtek miał inną matkę. Ja przysparzałam mnóstwa kłopotów. Gdzieś w '95, gdy pracowałam w „Przekroju”, zaczęłam brać amfetaminę. Nie uzależniłam się, ale rok brałam. Rodzice namówili mnie na detoks w szpitalu. I oni mi tam przywieźli telewizor, maszynę do pisania, codziennie zwozili jakieś jogurty, przemeblowali mi mieszkanie, gdy im zakomunikowałam, że nałogowiec nie może wracać do tego samego otoczenia – wszystko, żebym tylko powróciła do żywych. Stali za mną murem, a mogli mnie przecież z domu wyrzucić. Czy tak zachowuje się dysfunkcyjna rodzina?

Po co ta amfetamina?
Była modna wśród dziennikarzy. Ktoś mi dał i ja odkryłam, że piszę pięć artykułów w jedną noc.

Kiedy pojawiły się skutki uboczne.
Po roku. Jest taka psychoza, która oczywiście nie jest prawdziwą psychozą, mija od razu, gdy mija działanie amfetaminy – „robaki pod skórą”. Zaczęłam czytać książki na ten temat i okazuje się, że uzależnieni od amfetaminy często widzą robaki albo węże. Dziękowałam Bogu, że się nie uzależniłam, nie miałam objawów odstawienia, udało mi się to odstawić, tylko byłam skrajnie wychudzona.

Wracając do przyczyn. Ludzie, którzy mają problem alkoholowy tłumaczą czasem: „Dlaczego piję? Bo życie na trzeźwo jest nie do wytrzymania”.
Każdy alkoholik tak mówi. W tym jest dużo prawdy, bo ja teraz, żyjąc w trzeźwości umysłu,  jak na przykład jadę pociągiem, to się boję, że coś złego się stanie, stracę życie w katastrofie PKP, a dawniej nigdy o tym nie myślałam, tylko po prostu jechałam. Kiedy mówię mojej terapeutce, że mam takie „boję się”, to ona odpowiada: „Brała pani leki antylękowe, to się pani nie bała”.

Dlaczego lepiej się bać?
Lepiej jednak być świadomym i trzeźwym, bo da się te myśli opanować.

I czerpać siłę z tego opanowywania?
Właśnie.. Mówi się, że alkoholizm czy lekomania to jest choroba emocji. Ludzie nie radzą sobie z głównie z lękiem, niepokojem.

No właśnie próbują się ratować przed lękiem, pijąc...
Tak, ale to jest coś za coś. Ja się na przykład boję odbierać wyniki badań lekarskich. I co? Mam się nie badać i dobrowolnie sprowadzić na siebie ciężkie choroby, a może nawet śmierć? To jest niestety takie równanie.

Czym może się skończyć życie w tego rodzaju komforcie nieświadomości?
Śmiercią albo ciężką chorobą trzustki, wątroby, psychiki… Tam, gdzie byłam, jeden chłopak  wyszedł na własne życzenie, a miesiąc później już nie żył, bo zażył jakąś tabletkę, którą sobie przez Internet sprowadził. Na odwyku w Ściejowicach, pewien trzydziestoletni radca prawny uparł się, że idzie do domu, po dwóch dniach miał wrócić, tylko że się upił i rano już się nie obudził. Także ja wolę być trzeźwa i radzić sobie ze swoimi lękami.

Dlaczego nie chciała się pani poddać terapii?
Byłam wściekła, że moja terapeutka jest taka młoda, gówniara. Teraz do niej chodzę, tak jej zaufałam. A wtedy szłam na tę terapię jak na ścięcie. „No to będziemy siedzieć w ciszy, bo ja nie mam nic do powiedzenia”, długo tak twierdziłam. Trzymała mnie złość: „Puści mnie pani na przepustkę?”, a ona: „Nie, bo pani coś w tej złości porozwala”.

Pamięta pani moment przełomowy?
Tak. Uwolniłam coś. Powiedziałam wreszcie, że mam problem z tym, że moja babcia mnie wychowała a ja nie potrafiłam tej miłości oddać, byłam dla niej zła. Terapeutka poprowadziła to w takim kierunku, że zrozumiałam, że to nie jest do końca moja wina i zaczęłam się lepiej czuć. To się wydarzyło trzydziestu lat temu!

Trzymało panią to poczucie winy?
Nie myślałam o tym, bo jestem uzależniona. Pisząc „Kasikę”, coś czułam, pomyślałam, że temat babci wziął się z poczucia winy, ale mi to przeszło, bo brałam leki. Leki tłumią wszystko. Nagle, gdy zaczęłam trzeźwieć, różne rzeczy zaczęły wypływać.

Co pani zrobiła z tym poczuciem winy?
Terapia mi pomogła. Nie mam już poczucia winy. Naprawiłam dwie relacje, a z jednej – dla mnie niekomfortowej – zrezygnowałam. Każdy trzeźwiejący alkoholik, czy lekoman, czy narkoman, ma problem z trzeźwymi emocjami. Tutaj może pomóc terapia. Po prostu bez terapii się nie da. Terapia uzależnień trwa dwa lata. U mnie nadal trwa. Tylko żeby znowu się od terapii nie uzależnić.

Właśnie!
Pisałam na blogu, że trzeźwiejący nałogowiec wpada w uzależnienie od sportu, od pracy, od seksu, od komputera. Ja mam na pewno słabość do cukru. (śmiech) Przytyłam osiem kilo! Teraz mam basen, detoks, ksylitol i takie różne pomysły.

Dzięki terapii wchodziła pani w zupełnie nowe dla siebie stany. Jakie jeszcze zrobiła pani odkrycia?
Obawiałam się kary za to uzależnienie. Wymyśliłam sobie, że to się odbije na przykład na moim zdrowiu. „Ale czy zawsze musi być kara?”, pytała moja terapeutka. Wbiłam sobie do głowy, że muszą być jakieś straszne konsekwencje.

I?
I nic. Jestem zdrowa. Na odwyku były rozmowy o patologii. Byłam wtedy trochę zła, bo podchodzono do nas pod linijkę, że każdy uzależniony musi mieć jakieś patologie w życiorysie. Tłumaczyłam, że ja akurat nie miałam. Całe życie byłam na rauszu, przez pół dnia piłam wino z wodą – żeby się nie upić, tylko „falować” cały dzień. Na studiach czy w Gazecie Krakowskiej były jeszcze jakieś ekscesy, ale później piłam sobie spokojnie w domu. Ja się po prostu po latach już nie upijałam, to było ciągłe „falowanie”, ciągły rausz. Nie kradłam, nie prostytuowałam się, nie musiałam, i byłam bardzo zła, że mi nie wierzą na tej terapii grupowej.

A mówi się, że osoby z chorobą alkoholową fałszują rzeczywistość.
Tak. Działa mechanizm iluzji i zaprzeczenia. Ale ja sobie nie przypominam, żebym jakoś strasznie oszukiwała. Gdy byłam w związku, to na przykład mój partner Paweł wychodził do pracy rano i ja wypijałam jedną butelkę wina z wodą – to się długo pije, bo jest rozcieńczone, spokojnie sobie człowiek sączy – wracał o czwartej i wtedy koło szóstej mówiłam: „Wiesz co, Paweł, otworzę wino”, że niby pierwsze. On: „Dobrze, dobrze”. I znowu piłam, na co on w ogóle nie zwracał uwagi.

Czyli można na to nie zwrócić uwagi?
Można. Mam taką teorię, że alkoholizm kobiet to jest picie między praniem a gotowaniem. Dopóki jest jedzenie na stole, wyprane, posprzątane, to można nie zwrócić uwagi, można tego nie zauważyć. Musi być bardzo silna więź między mężczyzną a kobietą, żeby mężczyzna zauważył, że żona się zmienia, że coś jest nie tak. Moi partnerzy też niestety się nie zorientowali, bo zawsze był w domu porządek.

Czy przez uzależnienie jest pani sama?
Nie wiem. Bardzo możliwe, że bardziej zależało mi na piciu niż na relacji. Każdy związek kończył się po trzech latach. Po tym czasie wszystko mi przechodziło, przestawałam się interesować. Koncentrowałam się na alkoholu i na lekach. To było ważniejsze niż budowanie relacji, bo przecież relację trzeba budować, a nie tylko czekać na to, co się wydarzy.

Psycholożka Ewa Woydyłło twierdzi, że jesteśmy krajem ćpunów farmaceutycznych. Lekarze tego nie widzą?
Pewien psychiatra przez wiele lat przepisywał mi te same leki nasenne i po pięciu latach przestrzegł: „Tylko się nie uzależnij”. Są tacy psychiatrzy, którzy przepisują benzodiazepiny jak leci. Na ogół są to lekarze starszej daty. Tymczasem od tego można się uzależnić w dwa tygodnie. Dziesięć lat brałam te benzodiazepiny,

Nie do wiary, że lekarze pozwolili pani na to.
Pozwolili. Gdy pierwszy raz wybrałam się do psychiatry, to sobie myślałam: „Mama brała tranxene, to ja też sobie wezmę”. Ale mama widocznie nie zwiększała dawek. Benzodiazepinę dostałam z marszu, choć jest mnóstwo innych, nieuzależniających leków. Ufasz, że jak lekarz to daje, to jest dobre. Jeszcze pamiętam, jak mówił: „Tabletki są po to, żeby pomagać”. To pomyślałam: „Fajnie”. W sumie miałam pięciu psychiatrów – nie wiedzieli o sobie, każdemu mówiłam: „Nie mogę spać, proszę mi coś przepisać”. I przepisywali. Nikt mnie o nic nie pytał.

Aż trudno uwierzyć, żeby nikt z pani bliskich tego nie widział. Mama, macocha…
Mama umarła w 2004. Leki biorę od 2005.

Niektórzy nie chcą widzieć, wypierają.
Ojciec sam był alkoholikiem. Przestał pić w wieku sześćdziesięciu lat. I chciał mi pomóc: „Słuchaj, przyjedziesz do mnie i do Beaty na trzy tygodnie. Nie będziesz piła, a potem ci pomożemy”. Moja matka z kolei, jak wyczuła, że jestem nietrzeźwa, nie odzywała się do mnie tydzień, ja szalałam, żeby ona się zaczęła odzywać, ale dalej robiłam swoje. To nie było im obojętne. Tylko trzeba samemu dojrzeć do takiej decyzji, że już nie piję.

Napisała pani: „Uczę się trzeźwego życia. Nigdy dotąd nie interesowałam się swoim zdrowiem. Bardzo chcę żyć długo i w zdrowiu”.
To były pierwsze myśli, które się pojawiły jako skutek terapii – cud, że żyję i że w ogóle strasznie podoba mi się życie. To cudowne, że mogę sobie wyjść na spacer, na trawę. Że mogę iść do sklepu i coś sobie kupić. Że czytam książki. Cudownie jest!

Zawsze musi być zamknięcie, żeby docenić proste rzeczy na wolności?
Nie wiem. Ja akurat tak miałam. Mój ojciec przestał pić sam z siebie. Inaczej to u niego wyglądało. Moja matka była jego pierwszą żoną, drugą była Ala, trzecią Beata i dopiero Beata mu stworzyła dom – taki z obiadem, kolacją, śniadaniem… Wysprzątane… Dom. I on przestał pić. Wszystko zaczęło być takie… przewidywalne, przyjemne, ułożone. Ojciec przestał się bać i przestał pić. Przestać czuć takie rzeczy, które go zmuszały do picia. Poukładał emocje. Ja potrzebowałam roku w zamknięciu, jemu to samo dał drugi człowiek.

Pani miała przyjaciółkę...
Widziałam, że ma mnie już dość. Nie powiedziała mi wprost: „Już nie przychodź do mnie”, ale już było widać, że z mojej obecności cieszy się tylko jej pies. Ja już po prostu byłam nie do wytrzymania.

Nie do końca straciła pani zdolność autorefleksji, widziała pani takie rzeczy?
Akurat to widziałam, ale myślę, że mnóstwa rzeczy nie widziałam. Choć wolałabym mieć to powiedziane wprost.

Dlaczego?
Bo by mnie to może zmusiło do jakiejś reakcji. Gdyby chociaż jeden z moich partnerów powiedział kiedyś: „Słuchaj, może ty pójdziesz na odwyk, masz problem z piciem”. Nie, żaden. Nie mam do nikogo pretensji, tylko może udałoby mi się wyjść z tego wcześniej.

Dowiedziała się pani, co jest wyzwalaczem w pani przypadku?
Ostatnio były to zdjęcia kufli z piwem zamieszczone na Facebooku, ale nie napiłam się piwa i ta chęć minęła.

W pani przypadku można mówić o zmartwychwstaniu?
Tak. To jest odzyskane życie, jakby życie na nowo. Dobrze, że po pięćdziesiątce, a nie po siedemdziesiątce. Jeszcze nie jestem stara i jeszcze mogę sobie pożyć.

Umysł się zregenerował!
Tak. Jestem w szoku (śmiech)
KONIEC

Warto wytrwać na odwyku, by dokonały się pozytywne zmiany w osobo- wości będące warunkiem trzeźwego życia. Jak mówią terapeuci, sama abstynencja to za mało.



poniedziałek, 19 marca 2018

Wysokie Obcasy - fragment rozmowy

Krótki fragment długiego wywiadu jaki bedzie zamieszczony w świątecznym numerze Wysokich Obcasów:
Rozmawia Monika Tutak


To pierwsza książka napisana na trzeźwo?

Pierwsza. "Rok na odwyku" powstał bez alkoholu i bez prochów. 

A poprzednie?
Poprzednie trzy, w tym biografię mojej matki Doroty Terakowskiej, czyli "Moją mamę czarownicę", pisałam "pod wpływem". Nie byłam pijana, bo jak się jest pijanym, to nie sposób nic zrobić. Ale nie byłam też trzeźwa. Żeby pisać, najczęściej rozcieńczałam wino z wodą.  Potrafiłam wypić dwie butelki dziennie, czasem więcej. Wmawiałam sobie - jeszcze do niedawna tak właśnie uważałam  - że piszę dzięki alkoholowi. Że ułatwia zebrać myśli. Oczywiście to bzdura. Takie pisanie bardzo szybko przeradza się w bełkot. Łatwo stracić samokontrolę.

Żałuje pani tamtych książek?
Nie, nie są przecież złe. Ale mogły być lepsze. Wie pani, ja całe życie zadawalam sobie pytanie, czy będę potrafiła pisać bez niczego, bez dodania sobie odwagi. Bałam się, że nie potrafię. Więc piłam. Każdy powód dla alkoholika jest dobry. Musi to sobie jakoś zracjonalizować.

Ile lat pani piła?
Dwadzieścia. Leki nasenne i uspokajające, benzodiazepiny, brałam przez ostatnich 10 lat. Pod koniec w potwornych ilościach,  nawet po kilkanaście na wieczór.
Alkohol pojawił się tak na dobre na drugim roku studiów. Zamiast w akademiku, przesiadywaliśmy ze znajomymi z filmoznawstwa i religioznawstwa u mnie w mieszkaniu. Miałam wolną chatę po babci, ta komuna trwała przez rok. Codziennie piliśmy wódkę, wtedy piło się głównie wódkę. Impreza trwała non stop, zakończyła się tym, że zrezygnowałam ze studiów i wyjechałam do Stanów, gdzie oczywiście piłam dalej.

Dlaczego do Stanów?
Ktoś zaproponował mi pracę za mieszkanie. Wydawało się, że nie taką ciężką. Miałam opiekować się starszym małżeństwem. Szczerze mówiąc - nie za bardzo umiem  sprzątać, nie mam też siły, by robić to w odpowiednim tempie. Ale zdecydowałam o wyjeździe. Korciły mnie te Stany, to był 88 rok, w Polsce jeszcze szaro, a tam taka szansa. Dostałam u tych ludzi mały, ciemny pokój, okno wychodziło na mur. To było potwornie klaustrofobiczne. Kobieta, którą się opiekowałam, miała raka, ostatnie stadium. Nie wytrzymywałam psychicznie. Pewnego dnia odkryłam w spiżarce właścicieli wina. Zaczęłam pić systematycznie, codziennie.

Oni tego nie widzieli?
Nie orientowali się. Dawałam sobie radę, nie wpływało to na jakość mojej pracy.

Tak się pani wydawało.
Tak, tak mi się przynajmniej wydawało. Lepiej też pracowało mi się z myślą, że wieczorem pozwolę sobie na relaks przy butelce. Jak już położyłam ich spać, otwierałam alkohol. Rano budziłam się z kacem.

Jak długo pani u nich pracowała?
Prawie rok. Kiedy staruszka zmarła,  a jej mąż czuł się coraz gorzej, zrezygnowałam. Wróciłam do kraju, dostałam pracę w gazecie, potem w kolejnej, gdzie ogólnie piło się dosyć sporo, więc piłam i ja, chociaż starałam się nie upijać. 
Parę razy zdarzyło mi się nawalić się w pubie,  czułam ogromny wstyd. Nic nie pamietałam, nie wiedziałam, jak się zachowywałam. I potem - może dlatego, a może po prostu już jak każdy alkoholik - zaczęłam pić sama. Żebym nie musiała wstydzić się ludzi. Wystarczało mi, że samotnie saczę wino. Potem zamieniałam wino na piwo, piwo na wino, co - jak się dowiedziałam na odwyku - jest charakterystyczne dla alkoholików, bo po prostu dany alkohol przestaje im smakować, mają odrzut, więc kupują inny.
Zdarzały mi się też przerwy w piciu, pewnie jak każdemu alkoholikowi.

Skąd brały się te przerwy?
Mój ojciec, Andrzej Nowak, znany pianista - też alkoholik zresztą - trzy razy namówił mnie na wszywki. Zaszywałam się i potrafiłam nie pić przez rok. Ale kiedyś zamiast esperalu - podobno skończył się w szpitalu - wszyli mi witaminy. Proszę mi wierzyć, jak już człowiek wie, że to nie esperal, to bardzo łatwo zapić. Ojciec chciał wyrwać mnie z alkoholu.
Sam już wtedy nie pił, ale nie odbył terapii.  Po prostu pewnego dnia przestał. Został abstynentem, zawdzięcza to swojej kobiecie, Beacie.

Przecież bez odwyku nie można chyba tak po prostu rzucić picia?
Według mnie ojciec ciągle był uzależniony, ale skończyły się emocje, które pchały go do picia, więc udało mu się nie pić już do końca życia. Odbudował się, miał szczęśliwy dom, kochającą i wspierającą partnerkę. Zmarł trzy lata temu. Dobrze się tam u nich czułam.
Skończyłam właśnie pisać powieść o uzależnionej kobiecie i jest tam taka scena, w której ojciec zabiera do siebie córkę, robi jej trzytygodniowy odwyk. To wydarzyło się naprawdę. Ojciec też tak mnie do siebie zabrał, siedem lat temu. "Zamieszkasz u mnie, koniec z piciem", powiedział. Wydawało mu się, że skoro on rzucił w ten sposób, ja też powinnam.
Przez te trzy tygodnie nie piłam, czułam się u niego świetnie, odżyłam. Miałam go codziennie, spędzaliśmy czas, bardzo tego potrzebowałam.
Jest taka scena w mojej nowej książce: Marta, macocha bohaterki, Agaty, ścieli jej łóżko, rozkłada zieloną pościel w misie, chociaż Agata jest dorosla.  Ostatniej nocy przed powrotem do swojego do domu Agata płacze, strasznie chce mieć taką samą pościel. I kupuje ją sobie. To dla niej symbol domu, miłości i ciepła. Ale to nic nie daje, to jej nie uspokaja, nie wystarcza. Wraca do domu i zaczyna pić.